Продолжая использовать наш сайт, вы даете согласие на обработку файлов cookie, которые обеспечивают правильную работу сайта. Благодаря им мы улучшаем сайт!
Принять и закрыть

Читать, слущать книги онлайн бесплатно!

Электронная Литература.

Бесплатная онлайн библиотека.

Читать: - на бесплатной онлайн библиотеке Э-Лит


Помоги проекту - поделись книгой:

- Natychmiast - zgodził się rektor.

Wybałuszyłem oczy. Prosiłem go o to kilkakrotnie, jak dotąd bez rezultatu. Podejrzewam, że profesura nieźle się bawiła, obserwując, jak przemykam po uczelni plecami do ściany, wypatrując mojego fatum. Dopiero teraz zauważyłem, że w dziekanacie zapadła cisza i wszyscy patrzą na widoczny spod mojej marynarki, umieszczony w specjalnej pochwie nóż. Nawet noszony w pozycji bojowej, rękojeścią do dołu, mój Walther Tactical wyglądał dość złowrogo.

- Mnie nic nie grozi - stwierdził głośno jeden z profesorów. - Klaskałem na obronie jego doktoratu.

- Panowie… - Przewróciłem wymownie oczyma i zapiąłem marynarkę.

- Biedny Davidoff - zauważył inny. - Mam dziwne wrażenie, że pan doktor chce z nim przedyskutować postępy w swoich badaniach. Ja tam bym się z nim nie kłócił…

- Nie martwcie się o Davidoffa, poradzi sobie - powiedział rektor. - Czy ma pan jakieś problemy? - zapytał po chwili zupełnie innym tonem.

Lubiłem tego faceta, to nie był zwykły biurokrata.

- Nie, skąd. - Skrzywiłem się demonstracyjnie. - Być może odwiedzę dzisiaj takie archiwum na peryferiach, a sam pan wie, profesorze, jaki jest stan bezpieczeństwa na naszych ulicach…

- Wiem, wiem - ożywił się. - Uwierzy pan, że jakiś czas temu kilku pijanych chuliganów włamało się na moją posesję? Śmiertelnie wystraszyli gospodynię i doprowadzili do nerwicy mojego psa. Podobno jeden z tych zwyrodnialców chciał go ugryźć!

Pokiwałem współczująco głową i wymknąłem się na korytarz. Wolałem nie zgłębiać tego tematu… Wbiegłem na drugie piętro i zacząłem przedzierać się przez tłum studentów czekających na wykład Davidoffa. Większość z nich stanowiły kobiety. Bardzo ładne kobiety. Niektórzy mają szczęście… Wszedłem do gabinetu profesora i rozsiadłem się bez zaproszenia w wygodnym fotelu. Davidoff był zwolennikiem swobodnej atmosfery w kontaktach międzyludzkich. No, może nie do końca, najpierw trzeba było zasłużyć na jego uznanie. Profesor siedział za biurkiem i notował coś na komputerze. Muskularny mimo sześćdziesiątki na karku, o pociągłej, arystokratycznej twarzy, pisał z szybkością karabinu maszynowego. Jego wielkie, niemal toporne dłonie unosiły się nad klawiaturą z wdziękiem pary motyli.

- Jakiś problem? - spytał, nie odrywając wzroku od monitora.

- Zlokalizowałem mieszkanie Alchemika, muszę je przeszukać - zameldowałem zwięźle.

Davidoff przerwał pracę i spojrzał na mnie z namysłem.

- Czego ci potrzeba?

- Jakiejś podkładki na to przeszukanie.

- Chyba nie tylko - mruknął po chwili.

Zapalił cygaro i hojnym gestem podsunął mi pudełko. Cohiba Esplendidos. Z przyjemnością poczęstowałem się i przez jakiś czas paliliśmy w zgodnym milczeniu. Esplendidos po hiszpańsku oznacza „wspaniałe”, co jest adekwatnym określeniem dla cygar tej klasy.

- Potrzeba ci wsparcia - powiedział wreszcie Davidoff. - Nie chcę stracić drugiego ucznia. A z ciebie jest zawadiaka, najpierw działasz, potem myślisz. - Pogroził mi palcem.

Gwizdnąłem w duchu. Jeśli Wirde junior był studentem profesora, obiecującym studentem, bo tylko takich Davidoff nazywał uczniami, wyjaśniało to zainteresowanie profesora tą sprawą. Takie kwestie traktował bardzo osobiście.

- Pomogą ci analitycy.

- Analitycy? - Nie skojarzyłem w pierwszej chwili.

- No wiesz, ta trójka Rosjan. Ci dwaj, z którymi piłeś, i ich koleżanka.

- Chyba pan żartuje, profesorze. Mam dowodzić grupą szturmową Specnazu?! - warknąłem.

- Jakiego tam Specnazu - zaprotestował słabo. - Zresztą ona jest chyba z GRU…

- Chodzi mi o nadanie tej akcji pozorów legalności - wyjaśniłem cierpliwie. - Trójka ruskich szpiegów raczej mi w tym nie pomoże.

- A wiesz, że kilku panów z ABW miało pewne wątpliwości odnośnie do mojej osoby? - zapytał.

Westchnąłem ciężko.

- Może powróćmy do tematu? - zaproponowałem. - Bo rozumiem, że pana profesora pozytywnie zweryfikowano?

- Nigdy nic nie wiadomo - roześmiał się, gasząc niedopałek cygara. - Ci Rosjanie współpracują z ABW - wyjaśnił. - Terroryzm mafijny i takie tam… Mają odpowiednie dokumenty i uprawnienia.

- Uprawnienia do działań na terenie Polski? - spytałem z niedowierzaniem.

Davidoff wykonał nieokreślony gest.

- Coś w tym rodzaju. Mógłbym to załatwić inaczej, ale co do nich mam pewność, że sprawdzą się w sytuacji… kryzysowej. Polubili cię.

- Dzięki wielkie - odparłem ponuro. - Jeśli wpadniemy, ich obecność spowoduje, że nie będzie potrzebny żaden proces, po prostu tłum mnie zlinczuje.

- Marudzisz, Jasiu. - Machnął ręką Davidoff. - Umówię cię z nimi na jutro, spotkacie się na parkingu i od razu pojedziecie przeszukać to mieszkanie. Pogadałbym z tobą dłużej, ale ci studenci… To zadziwiające, ilu ich ostatnio przychodzi na moje wykłady. Chyba udoskonaliłem swój kunszt dydaktyczny - stwierdził z zadowoleniem.

- Raczej zwierzęcy magnetyzm - burknąłem pod nosem.

- Proszę?

- Nic, nic. W takim razie już pójdę.

- Jak skończycie, zadzwoń do mnie koniecznie.

Skinąłem głową i wyszedłem z gabinetu wraz z Davidoffem. Pożegnaliśmy się i pojechałem do domu.

* * *

Na parking przyszedłem piechotą. Nie miałem zamiaru używać swojego samochodu w akcji, której legalność była dyskusyjna. „Analitycy” już na mnie czekali. Dwóch potężnie zbudowanych, krótko ostrzyżonych facetów o kamiennych twarzach oraz trzydziestoletnia na oko kobieta. Jeden z mężczyzn miał niewielką bliznę na policzku. Wślizgnąłem się między zaparkowane samochody, ale zanim podszedłem do Rosjan, usłyszałem pieszczotliwy szczebiot i owionął mnie zapach tanich perfum.

- Panie doktorze! - zawołała moja ulubiona studentka. - Biegnę za panem, biegnę, a pan mi ucieka…

Jęknąłem z rozpaczą. Rosjanin z blizną zerknął na mnie i wyjął pistolet - paskudnie wyglądającą broń z zamontowanym laserowym celownikiem typu „Red Dot”. Po chwili na mojej marynarce pojawiła się czerwona plamka. Dziewczyna zamilkła i pobielała na nieładnej buzi. Mężczyzna podszedł do mnie bez pośpiechu, niemal przytknął lufę do skroni.

- Pozdrowienia od Siergieja Chińczyka - powiedział po polsku, acz z wyraźnym rosyjskim akcentem. - Chyba cię zabierzemy na małą przejażdżkę…

- Może wziąć też tę małą dziwkę? - odezwała się kobieta. - Wydają się dość zaprzyjaźnieni.

Miała niski, zmysłowy głos, ale nie sądziłem, aby moja studentka doceniła ten fakt. Wyglądała na obłędnie przerażoną. Nagle odwróciła się i pobiegła w stronę dziekanatu, wykonując przedziwne zygzaki.

- Co ona robi? - zainteresował się ten z pistoletem. Już nie miał rosyjskiego akcentu.

- Kluczy pod ogniem nieprzyjaciela - wyjaśniłem łagodnie.

- Do wozu! - Zaprosił mnie gestem uzbrojonej ręki. Kobieta usiadła za kierownicą, mnie przypadło miejsce tuż obok. Pozostała dwójka rozlokowała się z tyłu.

- Sasza - przypomniał mi się Rosjanin z blizną na twarzy.

Broń schował już wcześniej. Ruszyliśmy.

- Sasza, przyjacielu! - Przechyliłem się przez oparcie i ucałowałem go serdecznie. Równie wylewnie przywitałem się z drugim mężczyzną imieniem Anton. Ucałowałem też kierującą samochodem kobietę. Nie protestowała. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

- Jak masz na imię? - spytałem. - Nazwę tak swoją córkę - obiecałem.

Cała trójka parsknęła śmiechem.

- Anna - odparła poważnie, choć w jej oczach nadal tańczyły wesołe iskierki.

- Teraz ta zołza powinna dać mi spokój - stwierdziłem z ulgą.

- Powinna - zgodził się Anton. - Wszyscy boją się ruskiej mafii…

Uniosłem lekko brwi, ale nie skomentowałem.

- Czasem udajemy Polaków - wyjaśnił Sasza.

Najwyraźniej dostrzegł mój grymas w lusterku.

- Mówimy wtedy po polsku i myślimy po polsku.

Skierowałem wzrok na Annę. Opięte spodnie i dopasowany do figury żakiet podkreślały szczupłe, sprężyste ciało. Miała jasną, świetlistą cerę, zielone oczy i regularne rysy twarzy. Nie taką ją zapamiętałem. Najwyraźniej w czasie naszego ostatniego spotkania użyła specjalnego, dodającego lat makijażu. Prowadziła spokojnie, na granicy dozwolonej prędkości. Biorąc pod uwagę ograniczenia miejskiej komunikacji, dość szybko dotarliśmy na Garncarską.

- To tutaj - powiedziałem.

- Idziemy? - zapytał Anton.

- Jeszcze chwila - poprosiłem.

- Tak? - Anna zmarszczyła brwi.

- Jako jedyny Polak w bandzie ruskich szpiegów proponuję ustalić… hm… hierarchię dowodzenia, zanim weźmiemy się do rzeczy.

- Znaczy ty dowodzić, my słuchać? - doprecyzował Sasza ochrypłym, przesadnie akcentowanym głosem rosyjskiego żula.

- Mniej więcej. Nie przewiduję, abyśmy musieli wdać się w jakąś walkę, natomiast jeśli natrafimy na preparaty Alchemika, to lepiej będzie, jak zrobicie, co każę…

- A nagroda?

- Jaka nagroda?!

Anna westchnęła ciężko.

- Chodzi im o to, co dostaną, jak będą grzeczni?

Zastanowiłem się przez chwilę.

- Tyle Stolicznej, ile będziecie w stanie wypić, i pokażę wam kolekcję dziewiętnastowiecznych wojowniczek topless.

- Topless? - Anton podrapał się po głowie.

- To znaczy półnagich - uściśliłem. - To będzie dla was przełomowe doświadczenie erotyczne po kozach i owcach Afganistanu - zachęcałem.

- Nie biłem się w Afganistanie, za młody jestem - stwierdził obrażonym tonem Anton.

Sasza stuknął mnie w głowę.

- Anna? - spytał.

- Może być. Chętnie obejrzę te wojowniczki - stwierdziła z uśmiechem. - Ale co z właścicielami mieszkania?

- Jest tylko jeden, pracuje w dyplomacji, teraz powinien być w Rydze. Kłopoty możemy mieć jedynie z sąsiadami - poinformowałem.

Wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy w bramę secesyjnej, zdobionej roślinnymi ornamentami kamienicy. Po chwili wspinaliśmy się po schodach. Wbrew moim obawom chłopcy nie wyciągnęli broni, choć przepchnęli się naprzód i poruszali w szyku zwanym „element”, tak aby w razie konfrontacji mogli obydwaj strzelać w kierunku na wprost. Zapewne Anna zabezpieczała tyły. Tylko ja psułem te ustawienia, wolałem, żeby nie wczuwali się za bardzo w role. Na trzecim piętrze były tylko dwa mieszkania, ich drzwi znajdowały się naprzeciwko siebie, w żadnych nie zamontowano wizjera. Te prowadzące do apartamentów Alchemika zabezpieczały trzy nowoczesne zamki. Anton i Sasza demonstracyjnie odwrócili się do nich plecami, Anna pokręciła głową.

- Nie moja branża - stwierdziła.

Wolałem się nie dopytywać, co jest jej specjalnością. Najgorsze są rozwiane złudzenia… Wyjąłem z kieszeni zestaw narzędzi i przystąpiłem do pracy. Po minucie drzwi stanęły otworem. Mam smykałkę do… ślusarstwa, a wujek Maks i kilku innych dżentelmenów dopilnowało, abym ją rozwijał. Wszedłem pierwszy, za mną wślizgnęła się Anna, chłopcy tym razem zamykali tyły. Mieszkanie składało się z czterech pokojów, kuchni i łazienki. Rozproszyliśmy się po różnych pomieszczeniach. Śladów po Alchemiku nie musieliśmy długo szukać. Zerwane klepki podłogowe i rozbebeszony sejf w jednej z sypialni świadczyły wymownie, że ktoś nas uprzedził.

- Sejf w podłodze? - zdziwiła się Anna.

- To było wówczas popularne - powiedziałem z roztargnieniem.

Usiadłem przy stole i w zamyśleniu rozejrzałem się po pokoju. Wyglądało na to, że obecny użytkownik mieszkania miał sporo pieniędzy i dobry gust. Większość znajdujących się w doskonałym stanie mebli pochodziła z początków dwudziestego wieku, na ścianach zauważyłem obrazy Fałata i Boznańskiej.

- To co? Po sprawie? - zapytał Sasza.

- Może tak, może nie - mruknąłem. - Właściciel utrzymał wystrój wnętrz z początków zeszłego wieku, a ponieważ nie widać żadnych przeróbek, możliwe, że jego poprzednicy z takich czy innych powodów nie remontowali mieszkania na większą skalę. Być może jest tu coś jeszcze.

- Niby dlaczego? - Wzruszył ramionami Anton.

- Alchemik przeszedł przeszkolenie w polskich służbach specjalnych, wtedy to była światowa elita. Znam z grubsza założenia i program tego szkolenia. Uczono ich zarówno sztuki przeszukiwania pomieszczeń, jak i ukrywania cennych rzeczy w taki sposób, aby nie znaleziono ich w czasie rewizji. Oni musieli się wczuwać w sposób myślenia przeciwnika. Zastanówcie się: w jaki sposób można zwieść zawodowców, którzy wiedzą, że coś schowaliście w mieszkaniu? Żadna skrytka nie będzie zbyt pewna, bo profesjonaliści prędzej czy później ją znajdą. To po prostu kwestia czasu. Chyba że przekonamy ich, że już znaleźli to, czego szukali…

- Uważasz, że tu może być jeszcze jeden schowek? - domyśliła się Anna.

- Owszem, ale za jasną cholerę nie wiem, jak go znajdziemy. Przecież nie będziemy kuć ścian…

Anton uniósł pytająco brwi i popatrzył na Annę.

- Nie widziałeś tego - powiedziała, wyjmując z torebki niewielki, podobny do walkmana gadżet.

- Co to jest?

- Rodzaj miniaturowego georadaru, wykrywa pustki w ścianach ceglanych i konstrukcjach betonowych, może też lokalizować kable elektryczne.

Założyła na uszy słuchawki i rozpoczęła obchód wzdłuż ścian. Co jakiś czas zatrzymywała się w miejscu i sprawdzała coś na ekranie urządzenia. Kiedy wyszła z pokoju, Sasza i Anton poszli za nią, ja podszedłem do biblioteczki, nerwowo zaciskając pięści. Regał ozdobiono ornamentami przedstawiającymi dwa ziejące ogniem smoki. Mógł należeć do Alchemika. Takie ozdoby były charakterystyczne dla rzemieślników tworzących w okresie secesji. Podszedłem do miejsca, gdzie zerwano klepki, odsłaniając niewielki, płaski sejf. Pokrywa sejfu została rozpruta palnikiem, o ile mogłem stwierdzić, w dość fachowy sposób. Ten, kto to zrobił, musiał znać się na rzeczy. Nie kombinował, wybrał metodę z pierwszego poziomu drzewa ataku. Zresztą w tym przypadku upływ czasu uniemożliwiał w dużym stopniu korzystanie z innych sposobów. Mimo to miałem niejasne wrażenie, że ten, kto nas wyprzedził, jest zawodowcem. Pierwszą rzeczą, jakiej uczy się agentów operacyjnych w służbach specjalnych, jest sporządzanie wykresu zwanego drzewem ataku. Minęły już czasy romantycznych, improwizowanych akcji. W przypadku sejfu „pień drzewa” to określenie celu, czyli otwarcie schowka. „Gałęzie” przedstawiają sposoby, jakimi można tego dokonać. Pierwszy poziom to przykładowo: wyłamanie zamka, zdobycie szyfru i rozcięcie sejfu. Wyższy poziom precyzuje sposoby realizacji, na przykład szyfr zdobyć można groźbą, szantażem, za pomocą przekupstwa, podsłuchując właściciela… Do tego dochodzi stopień ryzyka i koszty. Po sporządzeniu wykresu profesjonalista wybiera taką metodę osiągnięcia celu, jaka najbardziej pasuje do sytuacji, zapewnia największe szanse powodzenia, niesie ze sobą najmniejsze ryzyko i minimalne koszty finansowe. Przyjrzałem się drzwiczkom sejfu. Prawdopodobnie dałoby się wyłamać zamek, ale nie stwierdziłem żadnych śladów po takich próbach, najwyraźniej ten, kto otworzył skrytkę, od razu użył palnika. To było zastanawiające. Przeciętny człowiek, nawet taki, który potrafiłby się posłużyć specjalistycznym sprzętem, raczej spróbowałby najpierw wyłamać zamek, idąc po linii najmniejszego oporu. Dlaczego tajemniczy nieznajomy tego nie zrobił? Odpowiedzi mogło być kilka, w tym taka, że uczono go, iż wyłamanie zamka jest niemożliwe, co jest prawdą w odniesieniu do nowoczesnych konstrukcji, ale niekoniecznie tych, jakie stosowano kilkadziesiąt lat temu i dawniej.

- Janusz! - zawołał Anton, zaglądając do pokoju. - Chodź szybko, chyba coś znaleźliśmy.



Поделиться книгой:

На главную
Назад